Relacja z Lizbony

Lizbona jest jak podstarzała szlachcianka – dostojna, pełna klasy, jednak tęskni za przeszłością. Co nie oznacza, że młody amant nie może się w niej zakochać, jak to było w moim przypadku. Zapraszam do przeczytania relacji ze stolicy Portugalii.

Lizbona jak na stolice europejską, nie jest dużym miastem. Liczy zaledwie pół miliona mieszkańców. Śmiało można ją nazwać „maleństwem”, jeżeli porównany ją do takich kolosów jak Londyn, Paryż czy Moskwa.  Miasto swój złoty okres przeżywało podczas wielkich odkryć geograficznych w XV i XVI wieku. Warto przypomnieć, że Portugalia jako pierwsza prowadziła politykę kolonialną. Władali oni  znaczą częścią Afryki oraz połową Ameryki Południowej. Niemal codziennie do portu Belem przypływały statki z bogactwami, które zasilały skarbiec królewski. Korzystała z tych dobrodziejstw również Lizbona, która była najpiękniejszym miastem ówczesnego świata.

W Portugalii biorą mnie za swojego

Przylot do Lizbony był zaplanowany tuż przed północą, dlatego jedyną alternatywą dotarcia do hotelu była taksówka. Miałem zarezerwowane trzy noce w hotelu Radisson Blu, który znajduję się pomiędzy lotniskiem, a centrum miasta, dlatego za taryfę zapłaciłem 6 euro. Od razu po zameldowaniu położyłem się spać, żeby pełny sił ruszyć na odkrywanie miasta niczym Vasco de Gama nieznane lądy.

Poranek przywitał mnie pięknym słońce. Po szybkim śniadaniu, udałem się na stację metra, gdzie zaopatrzyłem się w bilet na komunikację miejską. Najlepszą opcją będzie wybranie biletu 24 godzinnego, który kosztuję 6,15 euro. Możemy wtedy korzystać z  tramwaju, metra, wind oraz autobusu. Bilet jednorazowy kosztuję 1,45 euro, natomiast wjazd np. windą Santa Justa – 5 euro. Więc wybór biletu 24 h jest najkorzystniejszy.

Pierwszym przystankiem na mojej mapie była właśnie winda Santa Justa, z której rozpościera się wspaniały widok na całą Lizbonę.  Z jednej strony możemy podziwiać wybrzeże Atlantyku, z drugiej strony wzgórze, gdzie znajduję się zamek św. Jerzego, a z kolejnej plac Rossio z charakterystyczną mozaiką na bruku. Można dostać oczopląsu i mieć lekki dylemat, na którym widoku skupić się w pierwszej kolejności.

Nie ma co się spieszyć, należy delektować się tym widokiem jak kremówką papieską w Wadowicach. Taras widokowy był niemal pusty, więc tym bardziej była do tego okazja. Starsza para widząc, że przymierzam się do zrobienia popularnego selfie, zaczęła do mnie mówić Niestety, nie znam portugalskiego, domyśliłem się po gestach, że sympatyczni państwo chcą zrobić mi zdjęcie, widząc moje podchody do najlepszego kadru. Bardzo się zdziwili, że odpowiedziałem im po angielsku, ponieważ myśleli… że jestem Portugalczykiem. Akurat często w takich krajach biorą mnie za „swojego”, co jest niezwykle zabawne.

Sentymentalni, jak Portugalczycy

Następnie udałem się na najbardziej znany plac w mieście – Praca do Comercio, który jest położony dosłownie rzut beretem od windy Santa Justa. Znajduję się tam pomnik króla Józefa I  na pierwszym planie, natomiast na drugim łuk triumfalny. Po placu kręciło się dużo Marokańczyków, którzy sprzedawali haszysz. Nie wiem, czy był on prawdziwy, czy tylko zmielonymi liściami laurowymi. Widząc patrole policji, nie rzucali się w dziką ucieczkę, dlatego każdy sam może odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Wystarczy przejść kilkadziesiąt metrów od Praca do Comercio i znajdziemy się nad brzegiem Tybru, który wpada do oceanu Atlantyckiego. Możemy z tego miejsca doskonale podziwiać najdłuższy most w Europie im. Vasco de Gama. Niestety, pogoda zmieniła się jak w kalejdoskopie i most zasłonił…a mgła. Ot, takie moje szczęście.

Po chwili zadumy opuściłem wybrzeże. Zapadał już wieczór, pogoda nie zachęcała do spacerów, więc udałem się do klubu. Nie mam na myśli „imprezowni” do białego rana, a miejscu, w którym jest grana tradycyjna muzyka – Fado. Jest to smutna, nostalgiczna pieśń o tęsknocie oraz miłości. Portugalczycy są niezwykle sentymentalni, lubią powracać do starych, dobrych czasów. Taka właśnie ich dusza i takie właśnie jest fado.

Następnego dnia pogoda zmieniła się o 180 stopni. Zrobiło się chłodno, z nieba padał kapuśniaczek. Przynajmniej most był nieco lepiej widoczny, niż dzień wcześniej.

Na szczęście wybawieniem okazała linia tramwajowa nr. 28, która jeździ po najciekawszych miejscówkach w stolicy. W wielu miastach są autobusy, które obwożą turystów po najciekawszych miejscach i  kosztują przy tym ciężkie pieniądze, natomiast w Lizbonie taka wycieczka jest w cenie biletu 24 godzinnego.

Dodatkowo jedziemy klasyczny, żółtym „chrabąszczem”, który z prędkością światła pokonuję wąskie uliczki. Mamy wrażenie, że zaraz się rozleci na kawałki na najbliższym zakręcie, jednak daje sobie znakomicie radę. Możemy z bliska przyjrzeć się np. zamku św. Jerzego.

W Lizbonie nie ma placu, który nie byłby ozdobiony mozaiką na chodniku.

Tramwaj nr. 28 zawiezie nas również pod katedrę Se, która została wybudowana w 1150 z okazji wyzwolenia miasta przez Maurów.

Podsumowanie:

Lizbona jest niedużym, urokliwym miastem. Dzięki tanim lotom, idealnie nadaję się na kilkudniowy wypad. Jeżeli poczujemy się zmęczeni miastem, możemy pojechać do Cabo da Roca – najdalej wysunięty na zachód kraniec Europy. Miasto zdecydowanie warte polecenia.